

Dzień przerwy po Yosemity Park i 24 października znowu wyruszamy w
podróż. Tym razem lecimy z lotniska w Stockton do Las Vegas. Lotnisko z
Mantecą dzieli ok. 10 mil. Marcin nas podwozi i udziela wielu
cennych rad. Jest tu już przecież jakiś czas i we wszystkich tych
miejscach już był.
Do hotelu
,,Stardust” nie bierzcie taksówki. Hotel jest bardzo znany, znajduje się
przy głównej ulicy, dojedziecie tam publicznym środkiem transportu.
W hotelu tym mamy
spędzić trzy noce. Na 26 października mamy wykupioną wycieczkę z Las
Vegas do Grand Canionu i tu odczuwamy lekki niepokój. Wycieczka
zarezerwowana i opłacona przez internet, ale nie mamy żadnego
potwierdzenia. Ale to zmartwienie na później. Póki co lecimy do
niezwykłego miasta.....stolicy hazardu Ameryki.
Na początku naszego
stulecia Las Vegas było małym miastem ze stacją kolejową, paroma domami
i barami, lecz w roku 1931 stan Nevada zalegalizował hazard. W tym samym
czasie zaczęli napływać w te rejony robotnicy pracujący przy Zaporze
Hoovera, około 50 km od Las Vegas. Liczba mieszkańców rosła i otwierano
pierwsze lokale hazardowe. Dzisiejsze Las Vegas pochodzi w zasadzie z
roku 1946, w którym powstało kasyno Flamingo, otworzone przez pewnego
gangstera, który miał wizję połączenia hazardu z rozrywką.
Położone w Nevadzie Las
Vegas nie bez powodu nazywane jest światową stolicą rozrywki, przybysze
z różnych części globu zawsze znajdą tu coś dla siebie. Oferta jest
niezwykle bogata, poczynając od od muzycznych show z udziałem
największych gwiazd sceny.
W samolocie dostajemy mapkę -
szczegółowy plan Las Vegas. Zaraz rzucamy się na nią, szukamy naszego
hotelu. Jest nasza ulica, faktycznie główna - słynny bulwar Las
Vegas Strip. Ale co do licha. Nie możemy znaleźć naszego hotelu. NIE MA
GO.! Zaniepokojeni w najwyższym stopniu, nie odważamy się jednak
zapytać stewardessy. Za słaby jest nasz angielski.
Wiemy już, że
weźmiemy taksówkę. Tak też robimy. Z ulgą widzimy, że taksówkarz
bez mrugnięcia oka przyjmuje nasze zlecenie i wiezie nas pod wskazany
adres. Jest hotel i to potężny. Okazuje się, że są to os
tatnie
dni jego funkcjonowania. Ma zostać zamknięty za dwa tygodnie, trwa
wyprzedaż pamiątek po jego stałym bywalcu
Elvisie Presley’u.
A później zostanie wysadzony, a na jego
miejscu zostanie wybudowany nowy.
Mapki w samolocie zostały
przygotowane, tak jakby go już nie było!. Mamy próbkę jakie jest Las
Vegas.
Widok z naszego pokoju
położonego na dwudziestym którymś piętrze, daje przedsmak, tego co
zobaczymy w tym szalonym mieście.
W naszym hotelu, ale
chyba we wszystkich hotelach, są kasyna gry. Próbujemy zagrać, ale nie
bardzo umiemy. Nie widzimy tradycyjnych żetonów, za to są automaty z
papierowymi kwitkami. Stwierdzamy, że szkoda naszego czasu na naukę. A
ponadto boimy się, że moglibyśmy wygrać np milion dolarów i nie wiedząc
o wygranej, jej nie pobrać.
Lepiej oglądać wszystko co
składa się na niezwykłość Las Vegas, zresztą po to tu przyjechaliśmy.
Hotele i kasyna wznoszą
swoje fantastyczne kopuły i wieże, są ponadto przebogato iluminowane. Tu
ponoć jest największa w świecie plejada ,,neonowych rzeźb”. Z fasad
hoteli spadają kaskady różowego i niebieskiego światła,
kilkudziesięciometrowe reklamy przyciągają uwagę.
Hotele w Las Vegas, to
potężne kombinaty, małe miasta. Każdy z nich chce wyróżniać się swoją
odmiennością, chce przyciągnąć i zaciekawić swoją ofertą gości. A
wewnątrz nich, poza częścią hotelową, czekają sklepy, bary, restauracje,
obowiązkowo kasyna, sale widowiskowe.
Wieczorem chcemy zobaczyć
jak najwięcej, ni
e
tylko zewnątrz, ale też wchodząc do środka, przynajmniej tych
najbardziej znanych hoteli i kasyn. Najsłynniejsze chyba kasyno to
Caesar Palace. Wejście otacza łuk triumfalny, którego korynckie kolumny
podpierają trójkątny fronton zwieńczony posągami. A wewnątrz rzymskie
ogrody, ogromna replika Davida Michała Anioła, ruchomy chodnik, który
przenosi zwiedzających przez starożytny Rzym przywrócony do życia za
pomocą hologramów i efektów laserowych. Ochrona nosi stroje rzymskich
legionistów, a kelnerki przyodziane są w togi.
Inny sławny obiekt,
wyglądający jak średniowieczny zamek to Excalibur, hotel otwarty w 1990
r. Był wówczas największym hotelem świata z ponad 4 tysiącami pokoi, 4
tysiącami osób obsługi, 7 restauracjami i powierzchnią do hazardu
wynoszącą 9 300 m2. Celowo przytaczam te dane, by pokazać rozmach Las
Vegas, który widać na każdym kroku.
Venetian zaskakuje już na
wejściu, gdy widzimy w budynku kanały wypełnione wodą, a po nich
pływające gondole z gośćmi, z prowadzącymi je i śpiewającymi
gondolierami.
Oglądnęliśmy też
ekscytujące widowisko - bitwę morską, będąc wśród licznej widowni,
zgromadzonej przed wielkim hotelem o intrygującej nazwie Treasure
Island, czyli Wyspa Skarbów.
W bitwie w zatoczce przed
budynkiem brały udział dwie fregaty pirackie. Wybuchy armatnie,
zniszczenia na statkach, rozpryskująca woda czyniły przedstawienie
bardzo realnym.
Byliśmy również na słynnym
pokazie podświetlonych tańczących fontann przed hotelem Bellagio. Ten
kompleks hotelowy z kasynem podobno powstał zainspirowany otoczeniem
malowniczego jeziora Como, we włoskim Bellagio. Imponujące olbrzymie
sztuczne jezioro i słynne na całym świecie fontanny, zsynchronizowane z
muzyką, tworzą niezapomniany spektakl. Nocą to niesamowite wrażenie
potęgują kolorowe światła dopasowane do muzycznego motywu. (Nota
bene,
sprawdziliśmy malowniczość włoskiego Bellagio kilka lat później, podczas
zwiedzania miejscowości położonych wokół jeziora Como, w listopadzie
2015 roku.
Pokazy, tak bitwy
pirackiej, jak i tańczących fontann odbywają się kilka razy dziennie, a
ponieważ są darmowe i jednocześnie zrealizowane na wysokim poziomie,
przyciągają wielu oglądających. Nie sposób było zobaczyć wszystko, nawet
to najciekawsze. Część zwiedzania zostawiliśmy sobie na następny dzień.
To samo miasto za dnia
wygląda zupełnie inaczej. Odarte z magicznych świateł. Wrażenie
jakie robi Las Vegas Strip nocą określane jest jako neonowy
,,Armageddon”. W dzień zdumiewa nas wszechobecny kicz. Wieża Eiffla czy
Statua Wolności wyglądają jakoś nijako. Tak, zdecydowanie Las Vegas
należy odwiedzać i zwiedzać nocą.
Oglądamy hotel spod którego
zabrać ma nas autokar na wycieczkę do Grand Canionu. Jest to Circus
Circus - hotel w kształcie ogromnego namiotu z wieloma wejściami. Sama
reklama na nim przedstawiająca dziewczynę i klowna ma 38 metrów.
I bądź tu człowieku
mądry. Wiemy już mniej więcej jak ma wyglądać autokar, ale zupełnie nie
wiemy, z którego miejsca zabiera wycieczkowiczów. Ustalamy, że staniemy
w dwóch różnych odległych od siebie miejscach.
Wyjazd jest o szóstej rano.
Przechodzimy do wyjścia przez sporą część kasyna. Trudno uwierzyć, ale
sporo jest jeszcze graczy. Grali przez całą noc, szarawy poranek
pokazuje wymęczone twarze, raczej przegranych ludzi. Ciemnawo od dymu
papierosowego, brudno na podłogach, pokrytych dywanową wykładziną.
Czekamy nerwowo na nasz
autokar. Przyjeżd
ża
ich sporo i to w różne miejsca. Jest, chyba nasz! Biegniemy. Nie mamy
dokumentów wycieczkowych, pokazujemy kierowcy z obawą paszporty. Tak,
jesteśmy na liście. Oddychamy z ulgą. Jedziemy, jeszcze zabierając po
drodze uczestników. Ale jedziemy stosunkowo krótko, jak się okazuje na
miejsce zbiórki. A tam jeszcze zastanawiające nas, jest dzielenie
uczestników na dwie kolejki. Z jednej, ludzie z bagażem podręcznym idą
na wagę. Wyjaśnienie jest proste, to ci, co będą lecieć helikopterem nad
kanionem.
Wreszcie wyruszamy.
Przed nami około 400 kilometrów. Pierwszy ważny postój jest nad zaporą
Hoovera. Mamy okazję zobaczyć ją z bliska. Jest imponująca!
Okolice tamy to wielka budowa. Powstaje nowa trasa z
wielkim mostem przeprowadzającym ją przez kanion.
udowę Zapory Hoovera rozpoczęto w
1930 roku. Przez kolejne pięć lat 21 000 ludzi pracowało nad stworzeniem
największej tamy w owym czasie. Dziś Zapora Hoovera generuje rocznie
ilość energii wystarczającą do zaspokojenia potrzeb ponad miliona ludzi.
Zapora została nazwana imieniem Herberta Hoovera, który odegrał kluczową
rolę w jej powstaniu. Betonowa zapora wodna zbudowana została w Czarnym
Kanionie na rzece Kolorado na granicy stanów Arizona i Nevada. Tama ma
wysokość 224 m i długość 379 m.
Jezioro Mead, które
powstało w wyniku spiętrzenia wód Kolorado, zajmuje 620 kilometrów
kwadratowych. Po krótkim przystanku przy tamie, ruszamy przez pustynię
do jednego z najsłynniejszych cudów przyrody, jakim jest Wielki
Kanion Kolorado.
Wielki Kanion to przełom
rzeki Kolorado w stanie Arizona. Położony kilka godzin drogi od
Las Vegas, przyciąga każdego roku miliony turystów. Wielkim nazywa się
go nie bez powodu – jest to największy przełom rzeki na świecie. Liczy
447 km długości, w najszerszym miejscu rozciąga się na 29 km, a w
najgłębszym punkcie schodzi na 1857 metrów poniżej
krawędzi. Przecinająca równinę rzeka powoli erodowała ziemię, tworząc
spektakularnie głęboki
kanion.
Od 1919 roku Wielki Kanion Kolorado ma status parku narodowego, a od
1979 roku park znajduje się także na Liście Światowego Dziedzictwa
UNESCO.
Pionowe ściany kanionu
świetnie pokazują jego cały przekrój geologiczny. Najstarsze warstwy,
które uformowały się jako pierwsze, znajdują się w najniższych partiach.
Na najstarszych skałach magmowych, liczących około 1,8 miliarda lat,
widoczne są kolejne pasy skał o różnych kolorach. To skały osadowe,
wśród których wciąż można znaleźć niewielkie skamieniałości roślin czy
muszelek.
W zależności od kąta
padania promieni słonecznych pastelowe warstwy osadowe przybierają różne
odcienie: kremowy, brązowy, żółty, zielony, umbra i magenta. To właśnie
te pasy skał, zmieniające swoje barwy w świetle słonecznym próbowaliśmy
uwiecznić na zdjęciach. Jednak, nawet najlepsze zdjęcia nie oddadzą
piękna i ogromu tego miejsca.
Południowa krawędź (South
Rim) jest otwarta przez cały rok i właśnie tu przybyliśmy
zorganizowaną wycieczką. Tutaj znajduje się najwięcej punktów widokowych
oraz najciekawsze szlaki prowadzące w jego głąb. Przemieszczając się z
jednego punktu widokowego do drugiego mogliśmy oglądać zmieniające się
kształty ścian parowu, tarasowe płaskowyże z wcięciami, pobocznymi
kanionami i skałami o najdziwniejszych formach i kolorach. Nie pamiętam
z ilu punktów oglądaliśmy kanion, spędziliśmy tam kilka godzin.
Oglądaliśmy nie tylko
rzeźbę kanionu ale również porastającą ściany kanionu roślinność, a
nawet mieszkające tam małe zwierzątka.
Zaglądając w potężną
gardziel kanionu, mimo wytężania wzroku nie udało mi się dostrzec
płynącej dołem rzeki. Za to przypomniała mi się przeczytana gdzieś
recepta na pychę. „Proszę stanąć na skraju Wielkiego Kanionu, spojrzeć w
dół, coraz niżej, we wzbudzającą trwogę przepaść. Pozwoli to wam
uzmysłowić sobie, jak mało jesteście ważni.” Obecnie, jedną z
najczęściej szukanych atrakcji Kanionu Kolorado jest tak zwany Skywalk,
przeszklony punkt widokowy w kształcie podkowy. Ten taras wybudowany
został w 2007 r., czyli rok po naszej podróży.
Pamiątką z Grand Canionu
jest kotek z magnesem, taki na lodówkę. Zrobiony z prążkowanego
kamienia, ze świecącymi niczym z diamentów oczami. Nie, nie kupiliśmy
go. Ja go znalazłam, poczułam pod butem. Nie było komu go zwrócić i jest
z nami. Co na niego patrzę, to widzę tamto miejsce, które przez wielu
uważane jest za najpiękniejsze miejsce na Ziemi. Mając jeszcze pod
powiekami tak bardzo różniące się od siebie obrazy tego co stworzyła
natura i tego co stworzył człowiek, wróciliśmy z Las Vegas do naszej
przystani w Mantece.
Czekały nas szczególnie
miłe dni, uatrakcyjnione spotkaniem z naszymi przyjaciółmi, Ewą i
Ziutkiem, mieszkającymi w Stanach od kilkudziesięciu lat. Aby do
nas dolecieć musieli pokonać ponad 4 tys. km, czyli ok 5, 5 godzin lotu.
Wybrali się do nas na weekend, a z lotniska w Sacramento odebrał ich
Marcin. Zaplanowaliśmy wspólne zwiedzanie San Francisco, Parku Stanowego
Muir Woods oraz Sacramento. Ale wcześniej mogliśmy spędzić
wspólnie miły wieczór. Opowieściom i wspomnieniom, których nazbierało
się niemało, nie było końca. 
Końcówka października była
słoneczna i ciepła. W doskonałych nastrojach wybraliśmy się na
poznawanie tego fascynującego miasta, jakim jest San Francisco. Znane
nam z wielu filmów, ciekawiło nas od dawna. Miasto słynie z
nieregularnej topografii, zostało zbudowane na ponad 43 różnych
wzgórzach. San Francisco leży na zachodnim wybrzeżu Stanów
Zjednoczonych, na końcówce półwyspu i oparte jest swoimi
granicami o wybrzeża Pacyfiku i zatoki San Francisco. Historia miasta
sięga roku 1776, kiedy to hiszpańscy kolonizatorzy osiedlili się na
krańcu półwyspu, zakładając na tym terenie fort oraz misję imienia
świętego Franciszka z Asyżu. Wcześniej, tak jak cała Kalifornia należały
do Meksyku, a od 1848 r. stały się częścią Stanów Zjednoczonych.
San Francisco i cała jego
okolica położone są na obszarze aktywnym sejsmicznie, a wstrząsy
regularnie nawiedzają miasto. Największe w 1906 r. podczas którego
miasto zostało w większej części zniszczone. Główne atrakcje miasta to
imponujące mosty, w tym najsłynniejszy Golden Gate Bridge,
więzienie Alcatraz, tramwaje linowe, czy Chińska dzielnica.
Charakterystyczne są jego strome wzgórza i ulice. Mając niewiele czasu,
wiedzieliśmy, że zdołamy jedynie zobaczyć najważniejsze miejsca, poczuć
atmosferę miasta.
Most Golden Gate Bridge
trudno pomylić z jakimkolwiek innym. W momencie otwarcia w 1937 roku,
most w San Francisco był najwyższym i najdłuższym mostem na świecie.
Most wiszący, długi na 2,7 km.
Wysokie smukłe wieże i długie przęsła nadają mu bardzo
efektowny kształt. Dwie
wieże wznoszą się na wysokość 227 m, a odległość między nimi
wynosi 1280 m. Imponująca jest wytrzymałość mostu. Dopuszczalne
obciążenie mostu to 96 tys. ton dla każdej wieży.
Za sprawą pomarańczowego
koloru, bardzo dobrze prezentuje się nie tylko w mocnym, kalifornijskim
słońcu, ale też spowity mgłą. Malowniczo wygląda również nocą,
oświetlony tysiącami latarni. Most niewątpliwie jest symbolem San
Francisco. Naturalnie uwieczniliśmy na fotografiach most i nas
wszystkich, tak na jego tle, jak i na moście.
Ze zdziwieniem, będąc w
czerwcu 2015 r w Portugalii, zobaczyliśmy bardzo podobny wiszący most,
przecinający rzekę Tag, łączący Lizbonę z miastem Almada, o nazwie
Puente de 25 Abril (Most 25 Kwietnia). Most ten ukończono w 1966 r.
Faktycznie inspirację podczas projektowania czerpano z mostu Golden
Gate.
Następną ikoną San
Francisco są tutejsze żółte tramwaje linowe, nazywane cable cars.
Współcześnie ten system napędu
jest podobno jedynym tego typu na świecie, zachowany został tradycyjny
mechanizm. Liny ciągnące, poruszającą się pod powierzchnią ulicy. Od
ponad stu lat tramwaje przewożą zarówno mieszkańców, jak i turystów,
zapewniając jadącym niezapomniane widoki na malownicze dzielnice miasta.
Tramwaje poruszają się po trzech różnych liniach, prowadzących po
najciekawszych miejscach w mieście. Jedna z tras prowadzi
po stromej Powell Street. Wspaniały
widok na Zatokę San Francisco oraz Alcatraz roztacza się jak na
dłoni. Tramwajom towarzyszy charakterystyczny dźwięk, jest to
donośne dzwonienie motorniczego, zgrzyt kół, czy też przesuwanie się
lin.
Ulice San Francisco wydały
się nam tak znajome. Nic dziwnego, nakręcono tu tysiące filmów i seriali,
z tego wprawdzie niewielką część, ale oglądaliśmy na dużym lub małym
ekranie. Najbardziej charakterystyczne sceny w filmach to wyścigi
samochodów i dzwoniące tramwaje jadące na łeb i szyję. Stromizna
ulic, mimo, że
znana
z filmów, absolutnie szokuje.
Patrząc jak tramwaje pokonują te wysokości, trudno nam było nie
myśleć z znaniem o geniuszu inżynierii sprzed ponad wieku. Uświadamia to
też jak w samochodach tu jeżdżących niedzowna jest automatyczna skrzynia
biegów.
Spacerując stromymi
ulicami, szczególnie idąc pod górę, łatwo o zadyszkę, ale pretekstów do
przystawania jest mnóstwo. Zachwyt budzą drewniane domy w stylu
wiktoriańskim, często zabytkowe rezydencje. Odczuwaliśmy co krok wielką
pokusę, by utrwalać na zdjęciach i filmikach niezwykłe widoki.
Stroma topografia miasta pozwalała
dostrzec różnorodność tutejszej architektury. Rzucał się w oczy
kontrast między awangardowymi drapaczami
chmur a nieco bardziej zabytkowymi budynkami.
Zbliżała się pora posiłku.
Ewa i Ziutek zaprosili nas wszystkich na obiad. Wybór padł na osławioną,
podobno najstarszą i największą
w Stanach chińską
dzielnicę, Chinatown, słynącą również z dobrej
kuchni. Historia chińskiej dzielnicy w
San Francisco sięga lat 40. XIX wieku, kiedy to pierwsza fala imigrantów
z Chin przybyła do miasta w poszukiwaniu pracy. Osiedlając się głównie w
okolicy Grant Avenue chińscy imigranci stworzyli unikalne miejsce,
zachowujące swoją kulturę i tr
adycje
na obczyźnie. Przy wejściu do Chinatown znajdują się malownicze Wrota
Chinatown, zdobione smokami i tradycyjnymi chińskimi symbolami. Po ich
przekroczeniu znaleźliśmy się się nagle w całkowicie odmiennej, bardzo
kolorowej części miasta. Główna ulica Chinatown, Grant Avenue, pełna
jest sklepów, restauracji, herbaciarni i galerii sztuki. Przekonaliśmy
się przy okazji, że to idealne miejsce do spacerów, by zakosztować
atmosfery chińskiej kultury. Być może już wówczas zrodziła się w nas
ochota, by lepiej poznać tę kulturę, a najlepiej w miejscu jej
powstania. Udało się to nam, kilka lat później, podczas 14 dniowej
podróży do Chin - wiosną 2014 r.
Posileni w tradycyjnej
chińskiej restauracji, mieliśmy siłę i ochotę na dalsze zwiedzanie.
Kilkanaście kilometrów od
San Francisco znajduje się
Muir Woods National Monument.
Park ten został ustanowiony decyzją
prezydenta
Theodore'a Roosevelta
w 1908 roku. Obszar
ten, obecnie zajmujący niewiele ponad 2 km2, znany wówczas jako Redwood
Canyon.
Znajduje się tu
skupisko, starych, ogromnych sekwoi. Tam właśnie udaliśmy się, by
zobaczyć park -pomnik, nazwany na cześć znanego przyrodnika Johna Muira,
który uznał to miejsce za „najwspanialszy pomnik miłośników drzew, jaki
można znaleźć w lasach świata”.
Zawsze drzewa wzbudzają we
mnie ciekawość, a często wywołują duże emocje. Tak było i tym razem.
Potężne, proste jak strzała
olbrzymy, osiągające wysokość 80 metrów i wiek 800 lat, wyglądały
niesamowicie. Spacerując po wyznaczonych ścieżkach, oglądaliśmy z
zachwytem te imponujące giganty i niezwykłość tego miejsca. To było jak
wkraczanie do innego, bajkowego świata - spokojnego i napawającego
pokorą.
Trudno było powstrzymać się
przed robieniem zdjęć. Fotografowanie dodatkowo uprzytamniało naszą
małość w porównaniu z potężnymi olbrzymami.
W parku żyje ponad 380
gatunków roślin i zwierząt, tak więc rozmaitość flory i fauny dodawała
malowniczości parkowi pełnego dzikiej przyrody. Szum wód płynących
strumieni oraz powietrze rześkie i świeże przesycone
zapachem lasu, potęgowały kojącą atmosferę.
Było to magiczne,
niezapomniane przeżycie, pięknie kończące nasze zwiedzanie.
Następnego dnia nasi przyjaciele niestety nas opuszczali. Ponieważ lot
mieli z lotniska w Sacramento, mogliśmy ich odprowadzić, a wcześniej
wspólnie spędzić czas, zwiedzając to miasto.
Sacramento jest stolicą
Kalifornii. Jest 1848 roku przez Johna Suttera. Leżące u zbiegu
rzek Sacramento i American, miasto znane jest głównie z okresu Wielkiej
Gorączki Złota. Wtedy właśnie najbardziej się rozrosło stając się ważnym
punktem dystrybucyjnym. Sacramento było miejscem przystanku wielu
karawan oraz łodzi rzecznych. Posiadało również przystanek na drodze
Pierwszej Kolei Transkontynentalnej oraz dysponowało telegrafami i
pocztą konną. Pamiątką jest Muzeum Kolei, które prezentuje ponad
20 odrestaurowanych lokomotyw.
Ze zrozumiałych względów
zwiedzanie Sacramento musiało być dość pobieżne. Skupiliśmy się na chyba
najpiękniejszej i najciekawszej jego dzielnicy - Old Town
Sacramento. Jest to położona nad rzeką historyczna dzielnica z pięknie
odrestaurowanymi ceglanymi budynkami i wiktoriańskimi fasadami z
okresu gorączki złota, w których mieszczą się liczne muzea, sklepy
i restauracje.
Po brukowanych uliczkach poruszają się konne bryczki, co nadaje temu
miejscu wiele uroku, wręcz przypomina świat Dzikiego Zachodu.
Przechadzając się po tej części miasta, ma się wrażenie, jakby znalazło
się w innym wymiarze czasowym, czuliśmy się chwilami jak na planie
starego westernu. Bądź jak w skansenie, w którym można przejechać
się zabytkowym pociągiem parowym, lub konną dorożką.
Podziwialiśm
y
doskonale prezentujące się budynki z połowy XIX wieku, mogliśmy wejść
zobaczyć jak wyglądała ówczesna amerykańska szkoła, czy też wnętrza
sklepów i restauracji mających efektowne szyldy w starym stylu.
Malowniczość i pewna nierealność oglądanych miejsc wprawiała nas w
świetny nastrój, tym bardziej żal nam było rozstawać się z Ewą i
Ziutkiem.
Po ich odprowadzeniu na lotnisko i pożegnaniu, podjechaliśmy
jeszcze do Kapitolu Stanowego, gdzie znajduje się park i muzeum
poświęcone historii Kalifornii oraz Rezydencja Gubernatora.
Kapitol Stanu Kalifornia to budynek rządowy z 1874 r., o pięknej
architekturze, posiada białą kopułę o wysokości 64 metrów, z
granitowymi łukami i korynckimi kolumnami na zewnętrznej fasadzie. Park
Kapitolu obejmuje 16 hektarów wokół budynku i zawiera drzewa
reprezentujące 58 hrabstw Kalifornii. Na tle jednego, pokaźnych
rozmiarów, pięknego drzewa mamy wspólne zdjęcie z naszym synem Marcinem,
któremu zawdzięczamy tę niezwykle ciekawą podróż.
Odwiedziny Sacramento były ostatnią naszą wycieczką w podróży do Stanów
w 2006 r.
Kilka dni później, odwiezieni przez Marcina na lotnisko w San Francisco,
wyruszyliśmy w drogę powrotną do kraju, szczęśliwi, że dane nam było
zobaczyć następny kawałek pięknego świata.
Wspominała; Elżbieta Żak
Fotografie: Ze zbiorów autorki
Sandomierz 2025 rok