Przygoda z Naturą

OFIARNA ANNA!

 Głos jej miał mile i wyraźne brzmienie. Duże siwe oczy utkwila w nim bez żadnego wahania i dopiero po dobrej chwili lekko rozchylając usta, znów coś powiedziała.
 - Tak, tak! - Jan potwierdził nieco zaskoczony i zdziwiony przez to zaskoczenie i zdziwienie nie słysząc właściwie, co do niego mowiła.
  Chyba zrozumiała to, bo lekko uniosła brwi z wyrazem zaciekawienia i uśmiechnęła się. Jan też grymasem drobnych zmarszczek na pooranej twarzy, bezgłośnie utmiechnął się i też coś pwiedział.
   Samą jej obecnością nie był zaskoczony. Dużo wcześniej wiedział, że ma przyjechać stażystka łowiecka. Że musi pokazać jej las i polowanie na dzika. Tak postanowił łowczy. Ale, że to „tak dziewczyna - tym był zaskoczony!
   - Zawracanie głowy, ale jak trza, to trza! - myślał wtedy
 - Właśc
iwie to się wtedy nawet nie zastanawiał -  - „Jakaś tam chłopaczyca", niech będzie! - A tu niespodzianka!
- Przepraszam - powiedział i dostrzegł, że jej oczy są raczej ciemne niż szare i wtedy opanował się....bo przecież on stary nemrod, nie mógł być pod urokiem czyichś oczu, twarzy i głosu”.  -  -  - Przepraszam - powtórzył nie wiedząc czemu, a ona kolejny raz coś odrzekła z odrobiną śmiechu w głosie.
 - To nie jest tak jak pani myśli - probował nie wyśniając wyjaśnić coś, o czym sam jeszcze nie wiedział.
 - Oczywiście, że nie - potwierdziła, a na jej twarzy zjawił się szczery wyraz skruchy.
 - Pani mi kogoś przypomina – powiedział i wtedy dopiero zrozumiał. Zrozumiał, że właśnie, nieświadomie próbował rozładować nastrój jakiejś niechcąco potrąconej struny, jakiegoś ledwie pobłyskującego strumyka w szarej mgle jego pamięci
 - Anka jestem! - wyciagnęła dłoń, przedstawiając się na zgodę.
  Gdyby nie to, że trochę wcześniej zrozumiała, że mogła być powodem jego zaskoczenia, zapewne teraz nie wyszłaby tak szybko i tak ochoczo tym jednym maleńkim, pojednawczym kroczkciem.
 - Jan! - powiedział i podał jej dłoń. A swoje imię, które czemuś nagle wydało mu się obce, wypowiedział chropowato, jakby ono go nie dotyczyło.  To wszystko trwało tylko chwilę bo już zaraz mógł patrzeć na nią, bez żadnych przeszkód, dostrzegając jej oczy z długimi rzęsami i rozumiejąc co mówi.
 - Jest nadzwyczajna - pomyślał - I właściwie nie wiedział czy to o niej myśli, czy o swoim wspomnieniu. -  Ale czy dziewczyna o takiej twarzy i oczach, gladko zaczesanych ciemnych wlosach i delikatnej cerze, może być myśliwym? - obok tamtej zapomnianej nutki, ciągle pobrzmiewało pytanie.  - Czy ona może być Dianą... wedrującą po bezdrożach, wspinającą się po drabinie do ambon i wysiadek... godzinami gdzieś, przed światem ukrywając swoją urodę? I czy to jest ta sama, o której mówiono - nagle przypomniał sobie - Że jest odważna i pracowita?
- Trochę się zagalopowałem - pomyślał później, patrząc na nią już niemal z ojcowskim spokojem.
 - Ale niech kule biją, jeśli to wszystko jest możliwe.
- Mam być wprowadzającym - powiedział do rzeczy
- Mam pokazać polowanie na dzika - dodał, patrzac na jej schludny myśliwski mundur i zielony kapelusz, który trzymała w delikatnych, ale zdaje się mocnych, choć dobrze utrzymanych dłoniach.
 - Pewna siebie „jak rozkapryszona, bogata jedynaczka" - pomyślał gdzieś zasłyszaną maksymę. Anna
  Jakoś wcześniej, kiedy łowczy dzwonił, nie dopytywał się o nią. Wiedział, że z miasta, że to nowa stażystka i tyle. I, że ma jej pokazać polowanie na dzika. WIaściwie to the był już pewien, czy on powiedział „pokaż  jej dzika", czy „polowanie no dzika"?
- Akurat była pełnia. Na polach dojrzewa kukurydza, to chyba zobaczy tego dzika! - pomyślał.  Zbliżał się wieczór, słońce zmierzało już ku zachodowi, a ze wschodu wyruszył już księżyc. Niedługo ucichną dźwięki ptasich śpiewów i zacznie się czas, kiedy gasną kolory, ciemność przykryje knieję, a światlość księżyca w nocnej ciszy, powoli rozpocznie strojenie fantazyjnych cieni.  Siedzieli oddzielnie, na dwóch nieco oddalonych od siebie wysiadkach. Pierwsze gwiazdy jak zaróżowione perły, migotały w oddali ledwie mżącym lśnieniem, a zmrok dobrze już mroczył.
   Jan przez lometkę, co chwilę oglądał obrzeża i wyłożone przez wiatr, miejsca na rozległym polu kukurydzy. Czasem spoglądał na nią. W kręgu księżycowego blasku, stopiona ze swoim własnym cieniem, wyglądała jak kotka w bezruchu czekająca na ptaszka.
   „Bogata i rozkapryszona jedynaczka" - pomyślał z uśmiechem i już życzliwiej
- Chyba się myliłem! - pomyślał później.
  Minęło ze dwie godziny, a ona wciąż cierpliwie, opatulona kocem siedzi i czeka myśliwskim wyczekiwaniem. I tylko czasem tak jak on, też ostrożnie unosi do oczu lornetkę. Wciąż było cicho. Tylko cienie ożywaly i zmieniały swe kształty prowokując do jeszcze częstszego lornetowania. Dopiero później, ponad polem kilka razy przeleciała sowa. To dobry znak. Wiatr też mieli dobry. Ledwie wyczuwalny, w powiewach leciutko tchnął od pola i razem z bezszelestnym równym lotem sowy, dawał nadzieję na udane polowanie. Czekali jednak długo, minęła północ i wciąż bylo cicho. Dopiero jeszcze później z kukurydzy z głośnym szczekiem wyskoczył ciemnozielony kozioł, spojrzał za siebie, machnął ogonkiem i poszczekujqc, - „jak na sztywnych nogach" - poprzez sąsiednie pola, uciekł do lasu.
 - Coś go wystraszyło... pewnie dziki! - I faktycznie. Niedługo potem posłyszeli szelest liści i łamanie głośno zgryzanych kolb kukurydzy.
- Dziki już żerowały! A czas uciekał. Nieubłaganie ruchem księżyca na gwiezdnej tarczy nieba, płynął i płynął, aż przyszedł brzask i świt... a dziki nie wyszły!
  Ale to nie koniec. Właściwie to dopiero początek tej przygody. Bo to co Jan teraz nad ranem zobaczył, wprawiłoby każdego w przerażenie. Każdemu krew by ścięło w żyłach. Jan zdjął czapkę, wytarł czoło, zaciął usta... patrzyl i oczom nie dowierzał. W gestwinie wciąż łomotało, dziki pochrząkiwały, a ta dziewczyna zeszła z drabiny i wzdłuż gęstej ściany kukurydzy... przygarbiona i skupiona, zerkając na boki i na księżyc - zgrabna jak sarna - po kobiercu z grubej trawy, bezszelestnie szła na drugi koniec pola. Czasem przystawała. Nasłuchiwała. I wciaż skradając się, wolniutko poszła w tamtą stronę. Zdawało się, że mija wieczność, a minęło może kwadrans. Ale przez ten kwadrans Jan przeżył wszystkie niepokoje świata. Najgorsze jednak miało dopiero nastapić. Ona raptem skreciła i weszła w głąb kukurydzy... i zaczęła poklaskiwać i pohukiwać jak chłopcy w nagance. Teraz zrozumial... ona nagania mu dziki! Jak na pędzonym polowaniu!   I wtedy wynurzając się z wysokiej i gęstej ściany kukurydzy, wysunął się czamy łeb dzika. Jan nie czekal. Ujął osadę sztucera, ocenił tylko gdzie jego „naganiacz" i strzelił... właściwie nie wiadomo - czy po to by pozyskać, czy po to by ją chronić przed „niebezpiecznym" zwierzem.  
  Duży odyniec na rozkładzie! - pomyślał i już strzelił po raz drugi.   Z prawej strony zobaczył trzy przelatki... jednego wział na krzyż w nunecie... i strzelił.
 - Gdzie ta dziewczyna? - pomyślał.
  - Na dworze widniało. Świat powoli ożywał pełnią barw i dźwięków. A w kukurydzy znów było cicho - dziki uciekły, a „naganiaczka" już nie naganiała. Dopiero po dobrej chwili bohatersko zadowolona sama z siebie, wyszła przed zieloą kurtynę i stanęła, pewnie czekając na oklaski. Jan zdjął czapkę, odsunął na bok mokre włosy i zamiast bić jej brawa, kilka razy znacząco popukał się w czoło.
  - „ Ofiarna Anna!" - pomyślał i był szczęśliwy jak biblijny Abraham, kiedy na jednym z pagórków w kraju Mona, Pan darował życie, „ofiarnemu Izaakowi"!"
 

 

„Autor: Witold Wnukowicz
 Opowiadanie to pochodzi z książki:
  "Z wędką i strzelbą – Opowiadania"
 Przedruk za zgodą autora



OSTATNIE ARTYKUŁY: