
Witold Wnukowski
OFIARNA ANNA!
Głos jej miał
mile i wyraźne brzmienie. Duże siwe oczy utkwila w nim bez żadnego
wahania i dopiero po dobrej chwili lekko rozchylając usta, znów coś
powiedziała.
- Tak, tak! - Jan potwierdził nieco zaskoczony i zdziwiony przez
to zaskoczenie i zdziwienie nie słysząc właściwie, co do niego mowiła.
Chyba zrozumiała to, bo lekko uniosła brwi z wyrazem zaciekawienia i
uśmiechnęła się. Jan też grymasem drobnych zmarszczek na pooranej
twarzy, bezgłośnie utmiechnął się i też coś pwiedział.
Samą jej obecnością nie był zaskoczony. Dużo wcześniej wiedział, że
ma przyjechać stażystka łowiecka. Że musi pokazać jej las i polowanie na
dzika. Tak postanowił łowczy. Ale, że to „tak dziewczyna - tym
był zaskoczony!
- Zawracanie głowy, ale jak trza, to trza! - myślał wtedy
- Właściwie to się wtedy nawet nie zastanawiał - - „Jakaś tam
chłopaczyca", niech będzie! - A tu niespodzianka!
- Przepraszam - powiedział i dostrzegł, że jej oczy są raczej
ciemne niż szare i wtedy opanował się....bo przecież on stary nemrod,
nie mógł być pod urokiem czyichś oczu, twarzy i głosu”. - -
- Przepraszam - powtórzył nie wiedząc czemu, a ona kolejny raz
coś odrzekła z odrobiną śmiechu w głosie.
- To nie jest tak jak pani myśli - probował nie wyśniając
wyjaśnić coś, o czym sam jeszcze nie wiedział.
- Oczywiście, że nie - potwierdziła, a na jej twarzy zjawił
się szczery wyraz skruchy.
- Pani mi kogoś przypomina – powiedział i wtedy dopiero
zrozumiał. Zrozumiał, że właśnie, nieświadomie próbował rozładować
nastrój jakiejś niechcąco potrąconej struny, jakiegoś ledwie
pobłyskującego strumyka w szarej mgle jego pamięci
- Anka jestem! - wyciagnęła dłoń, przedstawiając się na zgodę.
Gdyby nie to, że trochę wcześniej zrozumiała, że mogła być powodem
jego zaskoczenia, zapewne teraz nie wyszłaby tak szybko i tak ochoczo
tym jednym maleńkim, pojednawczym kroczkciem.
- Jan! - powiedział i podał jej dłoń. A swoje imię, które czemuś
nagle wydało mu się obce, wypowiedział chropowato, jakby ono go nie
dotyczyło. To wszystko trwało tylko chwilę bo już zaraz mógł patrzeć na
nią, bez żadnych przeszkód, dostrzegając jej oczy z długimi rzęsami i
rozumiejąc co mówi.
- Jest nadzwyczajna - pomyślał - I właściwie nie wiedział czy
to o niej myśli, czy o swoim wspomnieniu. - Ale czy dziewczyna o takiej
twarzy i oczach, gladko zaczesanych ciemnych wlosach i delikatnej cerze,
może być myśliwym? - obok tamtej zapomnianej nutki, ciągle pobrzmiewało
pytanie. - Czy ona może być Dianą... wedrującą po bezdrożach,
wspinającą się po drabinie do ambon i wysiadek... godzinami gdzieś,
przed światem ukrywając swoją urodę? I czy to jest ta sama, o której
mówiono - nagle przypomniał sobie - Że jest odważna i pracowita?
- Trochę się zagalopowałem - pomyślał później, patrząc na nią
już niemal z ojcowskim spokojem.
- Ale niech kule biją, jeśli to wszystko jest możliwe.
- Mam być wprowadzającym - powiedział do rzeczy
- Mam pokazać polowanie na dzika - dodał, patrzac na jej
schludny myśliwski mundur i zielony kapelusz, który trzymała w
delikatnych, ale zdaje się mocnych, choć dobrze utrzymanych dłoniach.
- Pewna siebie „jak rozkapryszona, bogata jedynaczka" - pomyślał
gdzieś zasłyszaną maksymę.

Jakoś wcześniej, kiedy łowczy dzwonił, nie dopytywał się o nią.
Wiedział, że z miasta, że to nowa stażystka i tyle. I, że ma jej pokazać
polowanie na dzika. WIaściwie to the był już pewien, czy on powiedział
„pokaż jej dzika", czy „polowanie no dzika"?
- Akurat była pełnia. Na polach dojrzewa kukurydza, to chyba zobaczy
tego dzika! - pomyślał. Zbliżał się wieczór, słońce zmierzało już
ku zachodowi, a ze wschodu wyruszył już księżyc. Niedługo ucichną
dźwięki ptasich śpiewów i zacznie się czas, kiedy gasną kolory, ciemność
przykryje knieję, a światlość księżyca w nocnej ciszy, powoli rozpocznie
strojenie fantazyjnych cieni. Siedzieli oddzielnie, na dwóch nieco
oddalonych od siebie wysiadkach. Pierwsze gwiazdy jak zaróżowione perły,
migotały w oddali ledwie mżącym lśnieniem, a zmrok dobrze już mroczył.
Jan przez lometkę, co chwilę oglądał obrzeża i wyłożone przez wiatr,
miejsca na rozległym polu kukurydzy. Czasem spoglądał na nią. W kręgu
księżycowego blasku, stopiona ze swoim własnym cieniem, wyglądała jak
kotka w bezruchu czekająca na ptaszka.
„Bogata i rozkapryszona jedynaczka" - pomyślał z uśmiechem i
już życzliwiej
- Chyba się myliłem! - pomyślał później.
Minęło ze dwie godziny, a ona wciąż cierpliwie, opatulona kocem siedzi
i czeka myśliwskim wyczekiwaniem. I tylko czasem tak jak on, też
ostrożnie unosi do oczu lornetkę. Wciąż było cicho. Tylko cienie ożywaly
i zmieniały swe kształty prowokując do jeszcze częstszego lornetowania.
Dopiero później, ponad polem kilka razy przeleciała sowa. To dobry znak.
Wiatr też mieli dobry. Ledwie wyczuwalny, w powiewach leciutko tchnął od
pola i razem z bezszelestnym równym lotem sowy, dawał nadzieję na udane
polowanie. Czekali jednak długo, minęła północ i wciąż bylo cicho.
Dopiero jeszcze później z kukurydzy z głośnym szczekiem wyskoczył
ciemnozielony kozioł, spojrzał za siebie, machnął ogonkiem i
poszczekujqc, - „jak na sztywnych nogach" - poprzez sąsiednie pola,
uciekł do lasu.
- Coś go wystraszyło... pewnie dziki! - I faktycznie. Niedługo
potem posłyszeli szelest liści i łamanie głośno zgryzanych kolb
kukurydzy.
- Dziki już żerowały! A czas uciekał. Nieubłaganie ruchem
księżyca na gwiezdnej tarczy nieba, płynął i płynął, aż przyszedł brzask
i świt... a dziki nie wyszły!
Ale to nie koniec. Właściwie to dopiero początek tej przygody. Bo to
co Jan teraz nad ranem zobaczył, wprawiłoby każdego w przerażenie.
Każdemu krew by ścięło w żyłach. Jan zdjął czapkę, wytarł czoło, zaciął
usta... patrzyl i oczom nie dowierzał. W gestwinie wciąż łomotało, dziki
pochrząkiwały, a ta dziewczyna zeszła z drabiny i wzdłuż gęstej ściany
kukurydzy... przygarbiona i skupiona, zerkając na boki i na księżyc -
zgrabna jak sarna - po kobiercu z grubej trawy, bezszelestnie szła na
drugi koniec pola. Czasem przystawała. Nasłuchiwała. I wciaż skradając
się, wolniutko poszła w tamtą stronę. Zdawało się, że mija wieczność, a
minęło może kwadrans. Ale przez ten kwadrans Jan przeżył wszystkie
niepokoje świata. Najgorsze jednak miało dopiero nastapić. Ona raptem
skreciła i weszła w głąb kukurydzy... i zaczęła poklaskiwać i pohukiwać
jak chłopcy w nagance. Teraz zrozumial... ona nagania mu dziki! Jak na
pędzonym polowaniu! I wtedy wynurzając się z wysokiej i gęstej ściany
kukurydzy, wysunął się czamy łeb dzika. Jan nie czekal. Ujął osadę
sztucera, ocenił tylko gdzie jego „naganiacz" i strzelił... właściwie
nie wiadomo - czy po to by pozyskać, czy po to by ją chronić przed
„niebezpiecznym" zwierzem.
Duży odyniec na rozkładzie! - pomyślał i już strzelił po raz
drugi. Z prawej strony zobaczył trzy przelatki... jednego wział na
krzyż w nunecie... i strzelił.
- Gdzie ta dziewczyna? - pomyślał.
- Na dworze widniało. Świat powoli ożywał pełnią barw i dźwięków. A w
kukurydzy znów było cicho - dziki uciekły, a „naganiaczka" już nie
naganiała. Dopiero po dobrej chwili bohatersko zadowolona sama z siebie,
wyszła przed zieloą kurtynę i stanęła, pewnie czekając na oklaski. Jan
zdjął czapkę, odsunął na bok mokre włosy i zamiast bić jej brawa, kilka
razy znacząco popukał się w czoło.
- „ Ofiarna Anna!" - pomyślał i był szczęśliwy jak biblijny
Abraham, kiedy na jednym z pagórków w kraju Mona, Pan darował życie,
„ofiarnemu Izaakowi"!"
„Autor: Witold Wnukowicz
Opowiadanie to pochodzi z książki:
"Z wędką i strzelbą – Opowiadania"
Przedruk za zgodą autora